Ciąg dalszy: Otto rozpoczął przygotowania do wyprawy. Stwierdził że w stroju mnicha będzie się zbyt wyróżniał i że lepiej mu będzie się upodobnić do pastora. Za otrzymane od papieża pieniądze, kupił kapelusz (typowo misjonarski, czarny ze srebrną klamrą) czarną szatę, fioletowe ponczo, szarawe spodnie i ciemne kozaki. Wyglądał jak połączenie księdza, kolonisty i kowboja, lecz nie mi oceniać jego gust. Do tego miał swój miecz i miniaturową kuszę ukrytą w rękawie. Do kufra którego brał ze sobą wsadził jeszcze złoty krzyż, naszyjnik po ojcu, biblię, parę kartek i zestaw kreślarski. Naszyjnik rodowy miał już na sobie gdy jechał do Rotrii, a resztę zakupił.
Nadszedł dzień rejsu. Otto z rana już przeniósł swoje bagaże na karawelę "Masyaf", którą mieli wypłynąć. Gdy już wszyscy marynarze i Gieorgio znaleźli się na pokładzie, okręt podniósł kotwicę i ruszył w podróż (wypłynęli z Monderii). Płynęli długo. Gieorgio cały czas siedział w swojej kajucie, a Otto miał okazję do przyjrzenia się załodze statku. Na pokładzie służyli głównie Rotryjczycy, Włosi Austriaccy i sami Austriacy. Dominującym językiem była łacina, którą Otto doskonale znał. "-Dobrali sobie zaufanych ludzi" pomyślał Otto. Już wtedy mu coś nie grało. Otto zauważył także że "Masyaf" nie ma dział, to niebezpieczne w tych czasach. Wszędzie szlajali się piraci, w tym czarna owca rodziny- Manfred.
Mijały miesiące i nic się nie działo. Żywność się kończyła, ale Gieorgio wszystkich uspokajał mówiąc że ląd już blisko. Miał rację. Obserwator z bocianiego gniazda powiadomił wszystkich że widzi już w oddali ziemię. Gieorgio poinformował także iż Gieorgiotown już blisko. Tutaj zapis z dziennika Otta się urywa. Następny wpis jest już z owej przystani. Otto pisze że miasteczko liczyło nie wiecej niż 300 mieszkańców. Był w nim salon, stajnia, mały port, kościół i kilka domów. Ogólnie okolica była równinna. Tylko w oddali Otto widział jakieś góry, zza których wydobywał się dym, Otto stwierdził że to wulkan. Gieorgio powiedział mu, aby rozglądnął się trochę po okolicy i rozluźnił, bo miejscowy pastor któremu Otto miał pomagać, jest na misji w głąb lądu. Richtoffen miał czas na piesze wędrówki. Sporządził nawet mapę okolicy w oparciu na informacjach od miejscowych i własnych obserwacjach.
Do czasu przybycia pastora, Otto był w malutkim Armani (liczącym koło 100 osób) gdzie wydobywa się surowce, Nowej Italii (w której mieszka równe 200 osób) zajmującej sie dostawą wody pitnej i soli, a także chciał iść do Pizy, lecz Gieorgio uprzedził go że sieć fortów jest zamknięta dla cywili. Zrezygnowany Otto zamiast tego udał się na karczowiska, skąd drewno trafia do Gieorgiotown. Wracając spod północnego karczowiska, natknął się na trakcie na konwój wracający z Pizy. Okazało się że w owym konwoju był oczekiwany pastor, a jako że miał wykształcenie uprawniające go do roli kapłana wojskowego, wpuścili go do fortu. Pastor ucieszył się na widok Richtoffena, wiedział o jego przybyciu bo uprzedził go wcześniej Gieorgio. Okazał się że nazywa się on Pio i że aktualnie wraca ze średnioudanej misji, mającej na celu nawrócenie Indian. Oznajmił że wiezie ze sobą jednego z nich, w ostatnim wozie. Podobno stawiał taki opór że trzeba było go złapać, nawróci się go w inny sposób. Otto przejął się tą wiadomością, nienawidził niewolnictwa, lecz starał się tego po sobie nie pokazywać, pojechał w milczeniu słuchając Pio.
Mijały tygodnie, a Richtoffen jak na razie brał tylko nauki u Pio, w celu poznania języka Indian i ich zwyczajów, także tych negatywnych. W ostatnich dniach Pio sprezentował Otto rewolwer, lecz z przypomnieniem że tylko do samoobrony. Richtoffen pierwszy raz miał w ręku broń palną i Pio musiał go trochę podszkolić. Rezultaty tego były zdumiewające, Otto okazał się znakomitym strzelcem. Pastor śmiał się że w wojsku od razu daliby mu stopień kaprala i najlepszą broń.
Pewnego dnia do Gieorgiotown przypłynął statek z rekrutami Armii Kolonialnej. Miasto hucznie ich powitało. Otto wszystko widział z okien kościoła. Richtoffen chciał się z nimi zabrać i zrozumiał że ma okazję.
- Ojcze Pio, mam do ciebie pytanie- Odparł Otto nieśmiałym głosem.
- Tak synu?
- Czy to już czas?
- Owszem, owszem synu- odpowiedział Pio w zadumie.
Młody Richtoffen miał 23 lata gdy wyruszył na przygodę swojego życia, a był to rok 1859, w mieście Gieorgiotown.
Dalsze przygody Otto von Richtoffena w krainie Indian będą opisane w osobnym dziele. Otto przez ten czas był w wielu wioskach Indiańskich, walczył, odkrywał spiski i przeżył wiele przygód.
Gdy Richtoffen powrócił z Nowego Świata, powitał go sam Papież, tym razem już nowy. Słysząc jakich czynów dokonał misjonarz, Papież ofiarował mu wybaczenie (Otto zabił wielu ludzi w koloniach w obronie własnej wiary) pod warunkiem że dołączy on do Gwardii Papieskiej. Papież zaoferował mu to, ponieważ wiedział że złamał prawie wszystkie śluby. Nie mógł już być kapłanem. Otto zgodził się. Resztę życia spędził w Rotrii, czasami chodząc na bankiety z Papieżem i wyjeżdżając z nim w misje. Otto widział także jakie rzeczy robi Papież "za kulisami", lecz dotrzymywał tajemnicy, czasami sam nawet korzystał. Od tego momentu aż do śmierci od strzału zamachowca (bronił jego świętobliwość) nauczał nowych gwardzistów i strażników miasta w Rotrii. Zmarł w roku 1900, doczekał się nowego stulecia i zobaczył prawnuka jego ojca Aramila- Alojzego (był chrzczony w Rotrii).