Menel
Przypowieść o poszukiwaniu Większego Sensu.
W mieścinie Kieferklaue mieszkał człowiek, a imię jego było Rudolf. W szkole przy Domie Tez pilnie pobrał za młodu wszelkie nauki. Głosząc przy jego półkach tezy o Lachtprugelu żonę swą poznał i dzieci wiele narobił. Nocą ciężko harował w manufakturze egzotycznych dóbr pod batem ekonoma, a w dzień służył jako tezoferariusz z nadzieją na zostanie podtezym. Przyzwoite życie wiódł i wiele podróżował, do Zebrau, do Zendrau, a nawet do Lubau. Wciąż jednak pustkę w swej wątrobie odczuwał i nie wiedział cóż z tym poczynić.
Pewnego dnia w swej wielkiej podróży Menel dotarł i do Kieferklaue, coby mądrości przekazać. Rzekł Rudolf swej żonie, że on także pragnie się poradzić, aby tezę opiekunowską wreszcie ułożyć. Ta, jak zawsze, pysznych straw nagotowała dla niego i Menela. Zapiski swe wszelkie o Świętych Ludziach Rudolf zebrał, bimbru nakupił i na plac targowy, gdzie Menel przyjmował ruszył po raz pierwszy.
Długo musiał czekać, by choć go ujrzeć, takie tłumy Menel zbierał. Wieczór już się zbliżał i tylko para młoda przed nim była ze swą córką. Płakali, że osiem ma już wiosen, a za chłopcami się nie ugania, to i starą panną zostanie. Wziął ją Menel na kolana, warkocz pogładził, do uszka mądrość szepnął i je liznął, szluga na kolanku zgasił, półdupka uszczypnął i tak oto rozbudził. Dziękowali mu rodzice i trzy flaszki zostawili.
Czas nadszedł na Rudolfa. Dał on Menelowi strawy chwaląc jej smak i żonę swą. Menel ino powąchał, twarz kwaśną przybrał, petem się zaciągnął, po czym na ziemię wszystko cisnął krzycząc: „Gdzie bimber?”
Padł Rudolf na kolana o przebaczenie prosząc i flaszki mu przekazał. Menel zaś wybaczył i obok siebie siąść nakazał, a picie swe podjął. Snuł długo Rudolf opowieść o swym życiu, trudach, zwątpieniach, zaś Menel słuchał i rzekł : „Napij się ze mną”. Tym, którzy za Rudolfem czekali trunki nakazał zostawić i kolejnego dnia z nowymi przyjść, aby rady otrzymać.
Po drugiej flaszce zebrał się Rudolf na odwagę i zapiski swe wyciągnął, by o wszechbudzimiryzmie pomówić. Zaśmiał się Menel, z ręki mu je wyrwał, po czym przy ławce defekował i nimi doły swe otarł. Zbierał je z ziemi zatroskany Rudolf, a Menel przemówił:
„Baby! Wszystko przez te baby! Patrz ino na siebie. Gówno bez mięsa jako strawę ci daje, to i siły żeś potracił. Dzień za dniem marudzenia jej wysłuchujesz i lękasz się jej. Trzewikarzem, co to prośbom jej ulega się stałeś. Chłop jako lepszy winien władzę mieć, ale nad babą się nie da. Czas swój wolny miast na picie pomiotom jej przeznaczasz, a to jej wina, że takowe wysrała. Skąd ty wiesz, że twoje? Zrazu sobie kolejnego przyprowadzi jak nie upilnujesz, a baby nie upilnujesz. Na cóż ci one? Za łachy i kop w dupę, a będzie tylko lepiej.”
Wysłuchał go Rudolf i chlał oraz palił z nim do rana. Zbudził się w bagnie i cały umorusany do domu powrócił. Tam wściekłą żonę zastał. Krzyczała do niego i pijaństwo zarzucała. Przypomniała, że z rana miał matce jej w przenosinach do innej kamienicy pomóc i sama musiała wszystko targać. Prawił Rudolf, że czwarty raz w tym księżycu matka jej ubytowanie zmienia i już nie może, lecz ta dalej mordę darła. Złapał ją za szmaty i z domu swego wykopał, a dzieci za nią.
Życie Rudolfa dalej się toczyło. Do pracy swej wciąż chodził i tezę w Domu Tez szykował. Więcej loli mu bez pijawek zostawało i na trunki oraz mięsiwa tłuste je wydawał. Wciąż jednak pustkę czuł w wątrobie. Menel pozostawał w mieścinie, poszedł tedy Rudolf o brzasku poradzić się po raz drugi.
Znów musiał czekać długie godziny, a gdy ujrzał Menela dymem szlugowym pochłoniętego, to przyuważył, że kilkoro innych chłopów z Kieferklaue w brudnych łachach mu towarzyszyło. Przed Rudolfem był starzec z pudełkiem drewnianym. Z krain odległych pozytywkę kupił, lecz ta przestała pieśnią chwalić króla. Rozebrał ją zręcznie Menel na części, miedź do kieszeni schował, a problem odnalazł. Na bok kawałki odłożył i innego dnia przyjść nakazał, naprawę obiecując.
Podszedł do Menela zlękniony Rudolf wiele flaszek dzierżąc, a on go poznał, na ławę swą zaprosił i rzekł: : „Napij się ze mną”. Po trzeciej flaszce zebrał się Rudolf na odwagę i powiedział, że choć żony swej i dzieci się pozbył, to wciąż czegoś mu brakuje. Że każdy wieczór, gdy poczucie obowiązku wzywa go do manufaktury jest jednym wielkim cierpieniem, a z każdą wachtą bicz ekonoma wżyna się w skórę głębiej i głębiej. Zamachał Menel swą ręką, a szlug smużkę dymu na obraz Kwadratowego Koła uformował i wtedy On przemówił.
„A na cóż ci na kogoś robić? Ja dla nikogo nie robię, nawet i siebie samego. Praca to jest ino zniewolenie. Dawno temu Wielki Mistrz Budzimir cały bunt urządził, bo nie chciało mu się robić! A jak mu, Świętemu się nie chciało, to jak nam ma się chcieć? Ja już dawien dawno dociekłem tajemnicy wszelkich możnych panów. Jak się siądzie na rzyci i nie robi nic, tylko od innych oczekuje, tedy ci inni wszystko co trzeba doniosą. Spójrz ino wokół. Bierz i pij z tego ile zdołasz, to jest duch, który wątrobę twą wypełni.”
Pił Rudolf z Menelem i uczniami jego przez resztę dnia. Gdy wieczór za szybko nadszedł, niby zatruta strzała, obowiązek jednak poczuł. Do manufaktury musiał się wstawić. Mówił Menel, że Rudolf nic nie musi i prosił, aby ten z nim został. Na nic się to nie zdało i drogę do manufaktury z trudem odnalazł.
Świat Gierkemiasz rozbujał i dłonie Rudolfowi plątał, a zły ekonom zębami zgrzytał i batem plecy mu smagał. Nie mógł tego znieść dłużej i spróbował ekonomowy pejcz pochwycić, tedy siły jakieś nogi Rudolfowi podcięły, a cenny trunek ustami mu wyrwały na klepisko. Usłyszał od ekonoma, że więcej już ma nie przychodzić i buta na swej głowie poczuł. Przebudził się następnego rana w chlewiku.
Do domu swego podążył, lecz tam byłą żonę z dziatwą spotkał i chłopa rosłego. Napomknęła mu ona, iż jej to jest dom w posagu wniesion, a za szmaty pochwycić ją spróbował. Jednak to chłop inny Rudolfa pochwycił i z domu wyrzucił. Zakrzyknął na odchodnym parszywy babsztyl, że Tschat ją zawsze obroni i wszystkie jej potomstwo to on w niej zasiał.
Dni kolejne żył Rudolf w starej beczce, a spędził je pijąc aż nos mu poczerwieniał i do testu na podtezego się szykując. W przeddzień dnia ważnego tezę swą ukończył, jednak głowa i wątroba wielce go bolały, zaś na trunki kolejne monet już nie miał. Poszedł zatem do Menela po raz trzeci.
Choć wielki był tłum jak zwykle, ten przed Rudolfem się rozstąpił, jak tylko go poczuł, a stało się to nim go nawet zobaczyli. Usłyszał ino głosy o przejścia zrobieniu dla ucznia Menela i wszystkich wyminął. Menel zaś w otoczeniu dziesiątek chłopów w brudnych łachach siedział, a gestem swym Rudolfa zaprosił.
Spytał tedy Rudolfa, co mu na wątrobie leży i czy to jutrzejszy test w Domie Tez, bowiem dzień jego zapamiętał. Odrzekł tedy Rudolf, że głowa wielce go i wątroba bolą, to chciałby się napić. Tak też razem poczynili. Po piątej flaszce zebrał się Rufolf na odwagę i spytał swego mistrza: ”Czemu, skoro bimber jest tak dobry, to tak mi źle, gdy budzę się po jego spożyciu?”. Oczy menela zapłonęły niczym najczystsza z czystych. Wstał ze swej ławy, głęboko się zaciągnął i przemówił:
„Słuchać mnie teraz, bo mam wam coś ważnego do powiedzenia. Kto spotkał w swym życiu Weerlandczyka, ten wie. Chleją oni tyle, ile pod usta im się podłoży. I co? I nic ich potem nie boli. Mogą oni pić sto dni bez zakąski, a siły nie tracą. To jest dar Prabudzimira!
A co z nami? Dla nas go nie chcą! Mówią zazdrośnicy: tylko starowiercy są nim obdarzeni. Dla nas ino Druga Teza! Druga dla Hirschbergów! Że myśmy gorsi nam mówią. Że słabsi! Że my nie umiemy pić! W Domach Tez tego wam nie przeczytają! Oni pragną byście na nich harowali. Wszystko im dawali, aby do ich pałaców tabory krwawicy naszej zwożono. Nic zaś od siebie nie dają złodzieje! Komu Domy Tez służą, jak król zamknął Budzimira w lochach?
Ja żem uznał, że tak być nie może. Że hen daleko się z tego pierdolnika trza iść. Do dalekiej Wurstlandii dotarłem. Tam alchemik ukazał mi marnotrawnego brata Alkohola, a imię jego Aldehyd! Każdy, kto wódkę, czy bimber, czy szczyny żółte i czerwone wypije, temu wątrobę i on wypełnia. Jak temu zaradzić się pytałem, a mędrców szkiełko i oko nie wiedziało. Gówno te całe nauki.
Na chłopski swój rozum rozmyśliłem i wiedziałem już co robić. Aldehyd to wątrobę odwiedza, niby przygłupi brat dobrego Alkohola. Jak Alkohola w gościnę bierzemy, to on Aldehyda ze sobą przyciągnie, bo co zrobić. A potem krzyczy takie i dupę zawraca. Jeszcze Alkohol sam wychodzi, a brata swego do opieki w wątrobie zostawia. To ja se pomyślałem. A jeśli Alkohol nie gościem zostanie, lecz na trwałe w wątrobie zamieszka? Tedy może przekona się go, że tego Aldehyda to za szmaty za drzwi, bo w wątrobie ciasno?
No to piłem bimber przez trzydzieści wiosen i cztery zimy. Z każdą mniej wszelkich innych trunków i straw zażywałem. Aż pewnego dnia nic już poza bimbrem nie trzeba mi było, aby wyżyć. Rację miałem i Aldehyda pachą wydaliłem, a Alkohol nigdy mnie już nie opuszcza! Może ktoś spytać mnie, czemu zatem palę? Ano, bo lubię, ale nie muszę.
I wam, bracia moi, będzie to dane. Aldehyd długo w nas żyć może, ale was też opuści jak glisty kałowe! Forsowne to zadanie i wiele rzek bimbru ustami swych osuszycie. Jednak wam się uda wątroby na zawsze dobrym duchem wypełnić, a Weerlandczykom siłę pokazać! To jest chłopy sens naszego żywota! Zapełnijcie balię!”
A uczniowie go usłuchali i bimbru nań nalali. Sypnął Menel do niej skórnych soli, łoju i spytał Rudolfa, czy ten jest gotów. Rudolf odrzekł, że tak, a pochwycili go Menel z uczniami i w całości do balii wrzucili. Tam, przyznać trzeba, Rudolfa zwątpienie objęło, a oczy go piekły. Jednak ręka menelowa pilnowała, coby głowy znad bimbru nie wynurzył. Lęk Rudolfa opuścił i głęboki wdech nabrał, a wizje na niego spłynęły.
W nich znajdował się na saniach rogatych, a te orzekły, że jadą do zająca. Gdy do nory dotarli, to go tam nie było, więc ją podpalili i ruszyli dalej. W innej norze też nie zastali zająca, a nutrie, które w dziwnej mowie prawiły. Ubrał Rudolf spodnie na szelkach i pończochę na głowę, po czym kredą narysował okno i śniegu przez nie nawiało. Zza okna zobaczył zająca i go zawołał. Zając zaś milczał i jadł trawę. Do drzwi chatki ktoś zapukał i Rudolf odszedł od pieca, by sprawdzić któż to. Gdy je otworzył, to sam Pierwszy Mistrz Budzimir jako głowa bez ciała się objawił i brodę swą nakazał pochwycić. W nieboskłon Rudolfa zabrał, by ujrzał on choć na chwile cuda Prawdziwego Weerlandu.
Wizualizacja dodana w ramach programu zachęcania młodzieży do czytania ksiąg w Domach Tez
Rudolf przebudził się dnia kolejnego w dywan zawinięty, a niesiony był do Domu Tez. Rzekł tedy Menel: „Do każdego testu wiary podejść należy. Na tym polega odpowiedzialność”. Przed Tezownikiem Menel go usadowił i się pożegnał. Test z pytaniami mu podsunięto i pióro w rękę włożono, a Rudolf, choć czytać nie mógł, to wizje wszelkie odpowiedzi mu podsunęły. Spytał Rudolfa Tezownik, czy ten swą tezę przygotował, to nauki Menela powtórzył. Do oralum doszło, a i tutaj Rudolf się spisał. Orzekł wtedy Tezownik, że podtezym Rudolfa mianuje. Radość na chwilę Rudolf poczuł i spełnienie, jednak pustka po niej nadeszła. Inaczej zapragnął wiarę swą wesprzeć i prawd dociec. Wstał z wielkim trudem i chwiejnym krokiem Dom Tez na zawsze opuścił, bo go suszyło.
Gdy na plac targowy powrócił, to Menela już nie zastał, albowiem w dalszą drogę ku innym mieścinom ruszył, ino uczniów za sobą pozostawiając. Zasiadł przy nich Rudolf na ławie, gdzie zrobili mu miejsce. Flaszkę zza rozkręconej pozytywki pochwycił i duszkiem całość wypił. Niedopałek z ziemi zebrał. Nie miał już na wątrobie swej żadnych zmartwień. Wszystko rozumiał. Większy Sens już odnalazł. Jedynie Aldehyda zostało mu wykurzyć.
Fragment zapisków z wizyty surmeńskiego podróżnika Jorgosa Sofianosa w Zjednoczonym Królestwie Hirschbergii i Weerlandu.
Dość już mając biedy wszechobecnej wraz ze swym przewodnikiem opuściliśmy okaleczone ziemie Weerlandu. Skierowaliśmy się na północ. Tam trafiłem do krainy jeszcze dziwniejszej, a była nią Hirschbergia. Jak tylko mroczną puszczę opuściliśmy, to wioskach same kobiety napotykaliśmy, a o mężów swych pytane jeno w płacz popadały i mówiły, że poszli. Żadna nie wiedziała dokąd.
Trzeciego dnia dotarliśmy do Grabiny, podle słów Izbora dawniej weerlandzkiego miasta z którego okrutny król Gromosław wszystkich ich wypędził. Mury miejskie z byle drewna, zaprawy i odpadów były wzniesione, a tak koślawych i pozapadanych kamienic wcześniej oczy me nie widziały. I tam z początku same kobiety ulicami przemykały, lecz miast lamentować butelki, karafki i strawę niosły, ku centrum miasta się kierując.
Tam dopiero napotkaliśmy coś, co onegdaj było hirschberskimi mężami. Ze wsi pobliskich stworzenia te się w jednym miejscu zgromadziły. Niby wieprze w błotach i rynsztokach się poniewierały, a smród był nie do zniesienia. Żony zaś więcej cipuro i zakąsek im znosiły. Nawet Izbora to zadziwiło i wypytać ich spróbował. Wiele zaś z ich majaczeń nie zrozumiał. Pośród ich rojeń słowa o proroku posłyszał i pokazaniu Weerlandczykom, kto lepiej pije.
Zaśmiał się z nich mój przewodnik, który odkąd go nająłem nic prócz cipuro nie spożywał, a nigdy na ziemię nie upadł. Kopać ich począł, a gdy oporu nie zastał, tedy gardła im podrzynał. Zakrzyczałem, by poprzestał. Nikogo jednak nie było, kto mógłby go powstrzymać i rzeź swą kontynuował o zemście mi prawiąc.
Gdy słońce było już nisko, coś się odmieniło. Stworzenia, których Izbor nie zdążył ubić wysiłku się podjęły. Z początku wierzgały niezbornie swymi kończynami, lecz wkrótce wiele z nich na rękach i nogach się wsparło, a część z nich nawet i całkiem powstało. Wszystkie w jedną stronę ruszyły losowe sylaby mamrotając.
Podążyliśmy za nimi, a gdy Grabinę opuścili, tedy Izbor orzekł, że idą w kierunku Hirschbergu. Ciężko było mi uwierzyć, że gdziekolwiek horda ta miała dotrzeć. Ciała ich były napuchnięte i przegniłe, oczy żółte, włosy i zęby im wypadały, lica się odkształcały niby bulwy. Siły jakieś nieczyste ich prowadziły. Plany me i stolicę tamtych ziem obejmowały, to i w tak dziwnym towarzystwie do niej dotarłem.
Sam Hirschberg był wielkim rozczarowaniem. Mniejszy od nawet podrzędnych surmeńskich osad. Brud i łajno na ulicach pierwszego piętra sięgały i tunelami w parter się wchodziło (…) oka nie było na czym zawiesić. Jednak nie miasto samo uwagę zwracało, lecz tysiące bezwolnych mężczyzn, którzy z czterech stron świata docierali. Ci z południa na drugi brzeg rzeki przechodzili, a wielu zamiast mostem jedynym przez wodę się przedzierało, ku uciesze Izbora tonąc.
Po stronie drugiej inne było miasto, Arkopolis zwane i ponoć według naszych architektów wykonane. Orzec tylko mogę, że dobrze się stało, iż wybrali oni emigrację, miast Surmenię zaszpecać.
<Zgodnie z oficjalną linią Państwa Arkopolis znane dziś jako Joksopolis zostało założone dopiero przez uzurpatora Arkadiusza II Przejściowego. Wspomnienia towarzyszy o istnieniu tego miasta wcześniej są efektem wrażej propagandy, a obecność w kronikach skutkiem nielinearnego przebiegu czasu. Czuwaj! - Ludowoszlachecki Komisariat Spraw Wewnętrznych>
Tam tłum stęchły się zebrał na placu przed królewskim pałacem i zamarł bez ruchu. Cisza jaka zapanowała krew w mych żyłach mroziła, lecz ciekawość była silniejsza, toteż przedzieraliśmy się przezeń aż do pałacowych schodów. Na nich zaś pierwszych trzeźwych Hirschergów w zbrojach zdobnych napotkałem.
Słowa do mnie wykrzyczeli, a gdy przewodnika chciałem o nie zapytać, tedy zrozumiałem iż mnie porzucił. W mowie sobie nieznanej gniew i strach wyczułem, więc uciec już chciałem, lecz oni mnie pochwycili i do pałacu zaciągnęli. Wnętrza jego jak u biedniejszego kupca krzywo przyozdobione, ale czasu przyjrzeć się nie miałem. Do zbrojowni zostałem zaciągnięty, a bałem się, że mnie zabiją. Zamiast tego w mundur i kirys mnie siłą odziali, halabardę podali i dalej zaciągnęli. Aż na salę tronową.
Ciemną ona była prędzej jak grobowiec, a nie miejsce wystawne. Nic uwagi mej nie przykuło, poza pięcioma drewnianymi figurami po bokach tronu ustawionymi, zapewne lokalnych fałszywych bożków. Na samym tronie białą farbą pociągniętym, by marmur imitować siedział mężczyzna w sile wieku. Twarz jego bliznami była pokryta, a na skroniach spoczywała mu tandetna korona. Był to zapewne ichniejszy król Gromosław, znany okrutnik i watażka, którego żaden ród ostyjski nie chce gościć, ni nawet za pana tamtejszych ziem uznać. Palcami coś przemawiając mi powskazywali i po lewicy jego stanąłem na chwilę krótką najwyraźniej jego gwardzistą zostając.
Stałem tak dłuższą chwilę rozmyślając nad swym żywotem, a na sali wzmożenie nastało. Najpierw smród śmieci poczułem, a potem tylko narastał. Nieliczni pokojowcy wejście zablokowali, jednak coś do nich król zakrzyknął i zlęknieni je otworzyli. Jeśli włożyć rybie głowy, ekskrementy i winkowskie onuce do kuferka, zalać je sokiem z buraków, a potem wystawić ten kuferek szczelnie zamknięty na trzy słoneczne dni, by w końcu go otworzyć i dech głęboki wezbrać. Tedy może byłoby blisko temu, co nastąpiło.
A wszystko to czuć było od człowieka jednego, który na salę wkroczył. Choć oczy me łzawiły, przyjrzeć mu się próbowałem. Był to mizerny dziad brodaty, jakich w każdej mieścinie świata żebrzących spotkacie, a w Hirschbergii tylko takich. W jednej dłoni miał cygaretkę, której opary go zadziwiająco spowijały, zaś w drugiej butelkę dzierżył i uniósł ją wysoko coś w ichniejszym narzeczu przemawiając. Król z tronu mu odpowiadał, a dłuższą chwilę gawędzili. O czym? A któż wie, jakie sprawy między sobą ci barbarzyńcy bezbożni mogą rozstrzygać? Tam wszystko i tak sprowadza się do alkoholu i bezwstydnej kopulacji.
Dyskurs między nimi się zaognił, bowiem król pięścią bił w poręcz. Zakrzyknął do służących, a ci dokądś pobiegli i na czas jakiś niezdrowa cisza nastała. Dłużyło się to bardzo, ale w końcu posłyszałem stękanie i zgrzyt. Wreszcie słudzy powrócili, wielką skrzynię ze sobą targając. Rzekł słowa jakieś do nich król, a ci w nią zapukali, zaś ze środka ktoś odpukał i na jego twarzy widać było ulgę. Rozkaz zapewne monarcha wydał i łomem wieko jej podważyli aż puściło. Z niej się wyłonił chłopiec przy kości. Król za głowę się chwycił głośno krzycząc, a inni mu zawtórowali.
Ponownie butelkę łachmaniarz uniósł i zakrzyknął, a pokojowi i paziowie ku niemu zmierzać zaczęli. Krzyczał do nich Gromosław rozkazująco, ale jeden po drugim z ręki menela pili, a po łyku na posadzkę padali. W końcu tylko ja z królem się ostaliśmy, choć jego konwulsje ogarniały, a głos słabnął. Zbliżał się do nas śmierdziel przemowę złowrogim tonem głosząc, a czołem króla pot niczym strumień się lał i na boki głową kiwał słowo jedno coraz ciszej powtarzając: „nein, nein, nein”.
Stał już menel blisko i flaszkę ku niemu wystawiał, a król, cały zapłakany, drżącą ręką ku niej sięgał. Wtedy to śmierdziel drugą dłonią otwartą z szyje swą kilkukrotnie uderzył. Nie wiem dlaczego na to się zdobyłem, czy zbyt mocno gwardzistą się poczułem, lecz groźbę taką zostawić nie mogłem i halabardą butelkę mu z ręki wytrąciłem.
Ta rozbiła się z sykiem, a zawartość niczym wrząca woda parą buchnęła. Obłok jej na wszystkie strony się rozleciał nas przy tym pochłaniając. Gdy zaś fala jej mijała menela, to dym zielny go spowijający się rozszedł. I zmyło to jego obraz, niby nafta farbę na płótnie. Smród ustąpił woni zbyt mocnych perfum, a przed nami stał człowiek, choć niemłody, to nader na tamtą krainę elegancko odziany, gładko ogolony.
Spojrzał się gniewnie w moją stronę i już miał coś przemówić, gdy król zerwał się z tronu i palcem go wskazał jakieś słowo jedno wykrzykując. Imię, czy klątwę, tego nie wiem. Niezbyt dobrze też pamiętam, co nastąpiło później, bo wyobraźnia figle mi płatała. Zdawało mi się, że król ruszył na intruza z pięściami, a gdy go pochwycił, to unieśli się w powietrze. Z rąk obcego trzaskały pioruny i leciały kule żywego ognia. Obaj głośno na siebie pokrzykiwali, a drewniane figury przy tronie ożyły i pobiegły w ich stronę. Tego było już za wiele. Uciekłem ile sił miałem w nogach.
Gdy opuściłem pałac, to zobaczyłem, że horda Hirschbergów oprzytomniała. Za głowy i brzuchy się trzymali, a na ich twarzach widać było wielkie zdziwienie. Między sobą o czymś wszyscy rozmawiali, a z ich intonacji pytania wyczułem. Porzuconą dorożkę znalazłem i ku wstydowi mojemu ją skradłem, by udać się na południe. Grzech mój się nie opłacił, gdyż stamtąd nadciągały masy weerlandzkich chłopów. Najwyraźniej gdy wieści do nich dotarły, to wkroczyli do Hirschbergii z chęcią zemsty. Grabina płonęła, a ja zrozumiałem, że Hirschbergii i Weerlandu nie można tak po prostu opuścić.
Usunięty przez cenzorów fragment numeru Echa Aralii
<Ostrzeżenie! Poniższe źródło jest niebezpiecznie blisko uznania za tezę poboczną. Dewianci prowadzą obserwacje jego wpływu na czytelników przed podjęciem ostatecznej decyzji. Po przeczytaniu należy zgłosić się na badania w najbliższym Wielkim Domie Tez.>
Skandal w Al-Rajn
Król JKM Arkadiusz II Filip znów swoim zwyczajem skompromitował kraj na arenie międzynarodowej.
Najpierw (nie)rząd postanowił przyznać mu skandaliczne 100 milionów loli na zorganizowanie pojedynczej wizyty zagranicznej ze środków na rozwój. Pomimo moich interpelacji Triada jak zwykle postawiła na swoim i pieniądze po prostu zdefraudowano. A batyskaf Uniwersytetu Królewskiego (5 milionów) od lat nie może doczekać się finansowania.
Sama wizyta odbyła się bez powiadomienia strony Al-Rajnowskiej, co nie spodobało się w sułtanacie. JKM Arkadiusz jak zwykle wepchał się w brudnych butach tam, gdzie go nie chcą. Wśród delegatów na finansowaną przez nas wszystkich prywatną wycieczkę byli sami koledzy króla. Zupełnie nie przypadkiem komisarze z (nie)rządu. Nawet spirytualista okazał się tak naprawdę towarzyszem Septimusem w przebraniu. O dziwo dopiero interwencja Budzimira pozwoliła na zamianę. Osobiście wyciągnął ze śmietnika portowego w Draśnie godnego kandydata i przemycił na królewski jacht. Nawet zepsuty zegar dwa razy dziennie pokazuje prawdziwą godzinę…
Pomimo okoliczności JKM Arkadiusz został pozornie godnie przyjęty przez władze sułtanatu. Spirytualista wyczuł jednak spisek i już w porcie zwymiotował na buty ich premiera. JKM Arkadiusz mógł posłuchać się mądrzejszego i natychmiast wrócić do kraju. Zamiast tego kontynuował swoje balangi w pałacu i haremie Sułtana Ramzaniego.
Jeszcze tego samego dnia stała się rzecz niesłychana. Po skargach eunuchów delegacja zdecydowała wydalić ze swych szeregów Spirytualistę. Tak po prostu bez żadnych ceregieli wypuścili go na ulice Al Many. Świat Yslamu nie miał dla niego litości i szybko zmarł z pragnienia. Kolejny niewinny człowiek poległ niczym Herman Pole w imię czego? Zachcianek Triady? Lepszej imprezy u Sułtana? Może jeszcze ponownie oskarży się o to Aralczyków? Konieczne jest powołanie komisji, która zbada sprawę!
Skutek braku Spirytualisty wśród delegatów był oczywisty. Bez dobrych porad nasz król tak po prostu podpisał umowę o wolnym handlu między Sułtanatem, a Zjednoczonym Socjalistycznym Królestwem. Uczeń Menela nigdy by na to nie pozwolił. Tania żywność z Moreniki zaleje przede wszystkim Aralie. Nasze rolnictwo jest zagrożone, ale za to możemy im sprzedawać… no właśnie co? Przecież oni nawet nie piją. Zarobi na tym Trójca, a inni jak zwykle stracą.
Menel
znany także jako Żul, Opój, Bibosz, Wędrowiec, Prorok, a nawet Zbawiciel. To patron samorozwoju, podróży, porządnych chłopów, co swój rozum mają, a także chemii organicznej. Najpopularniejszy spośród Świętych Ludzi Tezy Hirschberskiej.Nikt nie wie, jakie było jego prawdziwe imię. Pojawił się na terenie Hirschbergii trzy lata po Wojnie Faradobusów, konflikcie dynastycznym, który skutkował całkowitym zniszczeniem miast Weerlandu, w tym Nowodomu.
Resztki weerlandzkiej linii Faradobusów uciekły za granicę. Mistrz Budzimir V gnił w lochach króla Gromosława. Początkowa satysfakcja Hirschbergów szybko jednak zgasła. Dobra zrabowane na Południu wzbogaciły wyłącznie klasę panującą Północy. W tym samym czasie zwykli Hirschbergowie doświadczali stagnacji i narastającego bezsensu życia zasilanego powszechnością prasy drukowanej. Domy Tez stały się kontrowersyjne i wiele zamknięto. Lęk przed monarchą zniechęcał z kolei do korzystania z duchowej pomocy tych, które się ostały.
Menel stanowił odpowiedź na wszystkie hirschberskie troski. Wędrując po królestwie odwiedzał nawet najmniejsze przysiółki. A wszędzie długo gościł, udzielając mieszkańcom niezliczonych rad. Są dowody na to, że potrafił być nawet w kilkunastu miejscach jednocześnie tylko po to, aby żaden Hirschberg nie poczuł się pominięty. Jego mądrości pozwoliły temu narodowi znaleźć nową drogę do Większego Sensu.
Wszędzie, gdzie Menel się pojawił, tam zostawiał swoich wiernych uczniów. Ci kontynuowali porady w jego imieniu, a także rekrutowali w swoje szeregi kolejnych mężczyzn. W niespełna rok niemal każdy hirschberski mąż dołączył do nowego bractwa. Gdy Menel wreszcie postanowił odwiedzić stolicę, jego uczniowie również do niej podążyli. Wydarzenie te znane jest jako Wielka Zimowa Migracja.
Choć nie znamy dokładnych szczegółów, poza zapiskami jakiegoś żałosnego rotriokatolika, co się akurat napatoczył, to wiemy, że Menel spotkał się z samym królem. O czym rozmawiali, trudno przez to powiedzieć. Ważny jest jednak skutek. Koniec końców, nawet tak hardy skurwiel jak Gromosław odnalazł w sobie litość. Pozwolił Budzimirowi na wolność w obrębie pałacu arcypatriaszego i przywrócił wszechbudzimiryzm jako religię państwową. Zmniejszył także roczne kwoty egzekucji Weerlandczyków, a nawet zapozował do portretu z uśmiechem na ustach.
Po tym cudzie Menel na oczach tłumów zmienił się w czyste opary alkoholu, a Mistrz Budzimir V ogłosił go Świętym Człowiekiem. Jednocześnie, wykorzystując obecność wszystkich hirschberskich mężów w stolicy, na południe Hirschbergii powrócili weerlandzcy chłopi. W ramach aktu pojednania masowo wymieszali południową i północną krew, a po dziś w regionie Südhirschbergia-Grabben żyje wielu Weerlandczyków.
Król Gromosław nie mógł się jednak zgodzić na to, by każdy hirschberski byk był bezpośrednim uosobieniem nowego Świętego Człowieka. Wspólnie z Budzimirem wyznaczyli kwotę jednego ucznia na każdych dziesięciu mężów. Tak został oficjalnie sformowany Zakon Spirytualistów, przez złośliwych starotezowców zwany także Braćmi Aldehydowymi.
Po dziś dzień należność do niego jest jednym z największych marzeń wyznawców Tezy Hirschberskiej. Trudne testy i wysokie wymagania odsiewają ziarna od plew. Zaledwie 4% populacji Królewskiej Gubernii Hirschbergii posiada odpowiednie licencje i pobiera uposażenie menelowe. A niech ktoś tylko spróbuje być bezdomnym pijakiem bez papierów. Tacy obibocy i oszuści są szybko wyjaśniani na ulicy.
Droga ku Większemu Sensu jest wyboista, ale niesie ona niezwykłe możliwości. Każdy Spirytualista oprócz wzrostu życiowej mądrości staje się także jasnowidzem, mogącym przewidywać przeszłość, a nawet przyszłość. Koszt takiego rozszerzania świadomości jest jednak wysoki i z biegiem lat Spitytualista staje się coraz mniej wrażliwy na teraźniejszość. Palenie tytoniu pozwala im na spowolnienie tego procesu, a nawet czasowe przywrócenie kontaktowości.
Ich wizje przychodzą i odchodzą, ale istnieją sposoby, aby wywołać je na zamówienie. Aby doszło do wglądu w przeszłość Spirytualista musi gwałtownie zwiększyć spożycie alkoholu, stąd nazywa się to wróżeniem akceleracyjnym. Wgląd w potencjalne ścieżki przyszłości jest trudniejszy, a nawet niebezpieczny, bo wymaga nagłego odrzucenia alkoholu w jakiejkolwiek formie, stąd analogicznie jest to zwane wróżeniem deceleracyjnym. Tylko Spirytualiści o największej sile woli potrafią się na nie zdobyć i należy szczodrze ich za to nagradzać.
Niezliczone talenty jakie Menel zapewnił Spirytualistom pomagają nie tylko na ulicy, ale również na salonach. Każdy dyrektor, lub polityk, gdy czeka go trudna delegacja, bądź spotkanie, zwyczajowo zabiera ze sobą Spirytualistę, który w kluczowych momentach doradzi mu czy to słowem, czy to czynami. Ważne jest, by do tej roli Spirytualista był brany tylko raz w ciągu swojego życia. Nadmierna ekspozycja na wysokie standardy może zanieczyścić jego wątrobę wątpliwościami, a te przesłonić ścieżkę do Większego Sensu. Stąd, gdy oglądacie transmisje z ważnych wydarzeń, to przedstawiciele władzy zawsze są ci sami (i bardzo dobrze), a Spirytualiści zawsze inni.
Co do samego Większego Sensu, jest nim oczywiście możliwość przeżycia na samym alkoholu. Coś, co potrafi każde weerlandzkie dziecko, a jest niedostępne dla żadnej pozostałej grupy etnicznej. Osiągnął to Menel i jak dotąd nikt inny. Każde doniesienia o Wyniesieniu okazywały się być skutkiem bardzo bliskiego weerlandzkiego pochodzenia, albo zwyczajnymi oszustwami. Jednak nie ma co się martwić. Menel zapowiedział, że kiedyś się uda, to się uda. Święci Ludzie nie kłamią, chyba że chcą, a on na pewno nie chciał.
Symbolem Menela jest kiep. Nim są oznaczone stosowne półki w Domach Tez. Już to jest przedmiotem wieloletniego sporu. Zwolennicy Tezy Hirschberskiej od samego uznania Menela za Świętego Człowieka próbują wyprosić ikonografię związaną z alkoholem. Pałac Arcypatriarszy pozostaje nieubłagany: flaszka jest symbolem Bimbrownika i nie będzie żadnej podróby.
Pomimo popularności Menela, przy jego półkach zwykle nie ma dużego ruchu. To nie w Domach Tez poznaje się i analizuje jego mądrości. Mimo wszystko ważne informacje są w nich katalogowane i w okresie corocznego testu na Spirytualistę gromadzą się przy nich młode i ambitne hirschberskie chłopaki. W obszarach mieszania się Tez często odwiedzają ich wtedy Weerlandczycy, oczywiście żeby się z nich pośmiać. Najlepsze docinki spisują i podrzucają na półki Menela, a Hirschbergowie aż skręcają się ze złości podczas ich usuwania.
Prawdziwe, dojrzałe czczenie pamięci o Menelu odbywa się przy jego kapliczkach. Mają one formę miejskich i wiejskich ławek na których zalegają Spirytualiści. Dzielą się oni swoimi historiami, radami, mądrościami oraz wróżbami. W zamian za to lokalna społeczność ma obowiązek ich utrzymywać. Dostarcza im alkoholu i papierosów, podjeżdża pasibusami z ciepłym jedzonkiem, a gdy taki biedny Spirytualista ma już zbyt mały kontakt z teraźniejszością i coś sobie zrobi, to jest zabierany go do szpitala, gdzie opiekują się nim najlepsi lekarze i ubrany jest w nowy, czysty mundur. Wszystko za darmo.
Uposażenie menelowe ma inny cel. W chłodnym okresie roku ławki stają się niebezpieczne. Rozpoczyna się wtedy upamiętniająca wydarzenia z Hirschbergu Zimowa Migracja. Spirytualiści opuszczają kaplice Menela i ruszają w długie podróże różnymi formami komunikacji zbiorowej na terenie naszego państwa, a nawet i całego kontynentu. W pociągach, tramwajach, autobusach, promach i samolotach roztaczają duchową aurę, którą trudno czasem pojąć. I zawsze mają kupiony bilet.

